fotorabarbar na Facebooku

wtorek, 16 maja 2017

Z niedźwiedziem na ramieniu przez Hulskie, Krywe i Tworylne

 

Dziś mija dokładnie rok od dnia, w którym przyjechałam w Bieszczady z myślą o zostaniu tylko do końca czerwca. Potem do końca lipca, grudnia...i tak jestem tu do dziś. Do kiedy? Bezterminowo. Plany mam takie, że zostanę na dłużej. Mam nadzieję, że nie porywam się z motyką na słońce. Miałam wiele wątpliwości (czasem nadal mam, ale to chyba zdrowe...) czy aby na pewno dobrze robię, gdyż przeprowadzając się w Bieszczady przewróciłam swoje życie o 180 stopni w każdej dziedzinie. Ale spotkani tu ludzie, pewne niesamowite wydarzenia ciągle mówią mi: zostań. I to samo mówię ja. No to jestę Biesę. P. S. Poza tym nie widziałam jeszcze niedźwiedzia i rysia na żywo.


I tak się zbiegło, że na dziś zaplanowałam wpis o najfajniejszej wyprawie z zeszłego roku. Bardzo lubię włóczyć się po pozostałościach dawnych bieszczadzkich osad. W większości przypadków,  niewiele z nich zostało. Trzeba też uważać, żeby nie wpaść do jakiejś ziemianki albo nie potknąć się o wystający z ziemi pług. Jest też wiele cerkwisk z cmentarzami. One są bardziej zadbane i częściej oznaczone. Jesli interesują Was takie klimaty, to szczególnie polecam całodniową wyprawę przez Hulskie, Krywe i Tworylne. Ja wyruszyłam z Zatwarnicy. W drodze do niej zahaczyłam o Nasiczne, w którym zachwyciły mnie chmury i pokrzywy.

  

W Dwerniku, pewien Wesoły Diabeł, zza zarośli obrzucił mnie zalotnym spojrzeniem.

 
 

Dwernik murowany i drewniany.

 

Właściwy szlak zaczyna się w Zatwarnicy w okolicy kościoła. Spora część trasy do Krywego jest utwardzona i da się tam przejechać samochodem, ale tylko jak się złamie zakaz wjazdu. No chyba, że masz miejscowe blachy. Idąc tą drogą, w jednym miejscu należy skręcić w prawo w leśną dróżkę, na Hulskie. Stoi przy niej znak z zakazem wjazdu z wyjątkiem mieszkańców. Tak mieszkają tam ludzie, aczkolwiek myślałam, że ten znak to jakieś jaja. Na znaku, ręcznie jest dopisane słowo CERKWISKO. Zaraz po zejściu z drogi widać ruiny cerkwi i cmentarz. Wszystko już było zarośnięte, ale wyglądało przepięknie. 

 
 

No i normalny człowiek, powinien w tym momencie cofnąć się do trasy, z której zszedł i cywilizowanie iść szlakiem. Ja najpierw postanowiłam znaleźć ludzi, którzy podobno tam gdzieś w tych zaroślach mieszkali. No i znalazłam. Nawet chwilę pogadaliśmy o tzw. dupie marynie i pogodzie.

 

Żeby dostać się skrótem na szczyt Ryli, z którego można już odbić na szlak do Krywego, trzeba było przejść przez strumień. W dalszej części wyprawy okazało się, że to nie jedyny raz kiedy musiałam zdjąć buty i przerzucić je na drugi brzeg. Czerwony lakier do paznokci polecam. Dodaje szyku i poprawia wyporność.


Po przebiciu się przez zimną wodę ruszyłam przez krzaczory w górę. Goniły mnie kleszcze, a uciekałam przed nimi po tropach wilków. Wtedy też zaczęły się we mnie odzywać te 2% rozsądku, które mam w sobie. Gdzie ty leziesz i na co Ci to? Ale przeszło mi po 15 minutach, kiedy szłam coraz wyżej i zobaczyłam ten widok. Na dole zdjęcia widać zabudowania Leśnych Ludzi.


Na Rylim spotkałam stado koni.


A po drugiej stronie góry roztaczał się już widok na Krywe z ruinami cerkwi.

 
 

Z Rylego można zejść normalnie szlakiem, ale tym razem odezwało się 98 % szaleństwa i znowu poszłam na przełaj, tym razem przez jakieś pastwiska. Zwierzyny akurat nie było. W sumie dobrze. Bo mogły to być na przykład byki.


No i w końcu wbiłam się na zielony i szumiący szlak. Przed sobą widziałam już ruiny cerkwi w Krywem nad Sanem.


Według mnie to najładniejsze miejsce w Bieszczadach.W dolince jest dosłownie kilka niewielkich domków. Na małym wzniesieniu znajdują się okazałe ruiny cerkwi oraz cmentarz. W najbliższej okolicy znaleźć pozostałości po innych zabudowaniach.

 
 
 
 
 
 
 
 
 

W tych pięknych okolicznościach przyrodniczo-architektonicznych zrobiłam dłuższy postój. I zastanawiałam się czy iść dalej. 


I poszłam. Ale kierunku Tworylnego. Tam to się zaczęła jazda. Mimo ładnej pogody było dość mokro, szlak przecinało kilka strumieni. Na dodatek krzaki z każdej strony. 

 

Tu są całkiem cywilizowane drogi:

 
 
 
 Tu już mniej...


Szczerze mówiąc, przez większość drogi z Krywego do Tworylnego trzęsłam portkami, że wylezie mi zaraz niedźwiedź albo inny żubr i będzie po mnie. Ale jakoś obyło się bez wielkogabarytowego towarzystwa. Ale pewna jestem, że to towarzystwo siedziało w krzakach i się ze mnie śmiało. Spotkałam tylko zwierzynę w wersji mini albo w wersji dead. 

 
 
 
A tak to nikoguśko na szlaku. No nie licząc Pana z siekierą na drodze, już przy wejściu do Tworylnego. Okazało się, że był to jakiś przyrodnik, obserwujący chrabąszcze. Szczerze mówiąc sama bym się tam zaszyła na kilka dni pod namiotem. Nie dziwię się, że kiedyś ludzie osiedlili się w tym miejscu. Zapewne było tu kiedyś bardzo gwarno.  Słychać było rozmowy ludzi (o dupie marynie i pogodzie) oraz odgłosy zwierząt. A teraz tylko cisza i jakaś taka smutna pustka. I ruiny. A w ruinach żmije.


Robiło się coraz później, a przede mną były jeszcze trzy godziny szybkiego marszu. Tym razem wracałam już szlakiem. Przyznaję, że byłam trochę wykończona, a to były jeszcze czasy, w których nawet nie myślałam o bieganiu po górach i starcie w Rzeźniczku...

 
 
 

 The End.
 

1 komentarz:

  1. Powtórzę się, ale świetnie się czyta!
    Podobają mi się ślady - te koło nieżywej żaby.
    I jak dobrze ze piszesz że czasem trzęsiesz portkami.... ja tak sobie czytam i myślę"kurde gdzie ta Baśka łazi, ja już bym dawno zawróciła" z tym że u mnie jest duże prawdopodobieństwo zgubienia się jeśli zejdę ze szlaku(sprawdzone...)
    Pozdrowienia! I czekam na dalsze przygody!
    Mała M :)

    OdpowiedzUsuń