fotorabarbar na Facebooku

niedziela, 16 kwietnia 2017

Jaworcowa sielanka.


Kolejnym miejscem, które chciałabym Wam przedstawić i zachęcić do odwiedzenia w Bieszczadach jest Bacówka PTTK Jaworzec. Pierwszy raz wylądowałam tam wczesnym latem jako turystka z Ziupem, a już za miesiąc miałam okazję „pogospodarzyć” w schronisku przez dwa dni pod nieobecność ówczesnego Bacy. Ruch turystyczny znikomy. Po porannych obowiązkach, mogłam poczytać książkę na schodkach przed domem w towarzystwie bzyczących pszczół i kolorowych motyli. Tylko od czasu do czasu trzeba było nakarmić i napoić turystę oraz kozy i kucyki. No sielanka. I to w środku sezonu turystycznego i słonecznego, pachnącego lata.


Schronisko położone jest w miejscu dawnej, nieistniejącej już wsi Jaworzec, nad rzeką Wetlinką, na północ od Kalnicy. Można tam dotrzeć samochodem, ale ciekawsze są szlaki piesze, np. czarny wychodzący z Przełęczy Orłowicza na Połoninie Wetlińskiej bądź też droga z Polanek, przez rezerwat Sinych Wirów. Najbliższą wioską jest Kalnica, w której oprócz kilkunastu domów znajduje się stok narciarski (!), na którym dzielnie walczyłam ze Smokiem Orczykiem i świerkami. Najbliższa okolica schroniska teraz jest odludziem, ale niegdyś znajdowały się tam jeszcze trzy wsie: wspomniany już Jaworzec, a także Łuh i Zawój. 

Na tym zdjęciu widać jeszcze podziały na działki dawnej wsi.

No i rzeka. Tego Jaworcowi zazdroszczę.


Jak wspomniałam, od strony Kalnicy można dojechać samochodem, prawie pod samo schronisko.

 
 Szlaki, które prowadzą do schroniska nie są mocno uczęszczane. Nie docierają tam głośne wycieczki autokarowe. Turyści, którzy tam docierają są bardziej "plecakowi", poszukujący cichego miejsca na nocleg. Błogi spokój, szum rzeki, brykające kozy i kucyki. Tak, brakuje jeszcze jednorożców, tęczy i małych kotków. I mnie z siatką na motyle.


Zamiast mnie z siatką na motyle, jest Ziup z ręką do kóz.


No dobra, są i kotki...


Z racji, że Jaworzec znajduje się również przy szlakach konnych, to miejsce przyciąga zapalonych koniarzy, robiących w schronisku przystanek w trakcie rajdów.


W Bacówce nie może zabraknąć psa. Ja na miejscu poznałam rozbrykaną i podszczypującą mnie w łydki Perunę. To wilczak słowacki/czechosłowacki, krzyżówka psa z wilkiem. Piękna! Niestety wyjechała z poprzednim Bacą.

Tu przygląda się mi. Albo moim łydkom.


Tu podgląda Ziupa zakładającego dziecięcego buta. Pozdrowienia dla firmy Bartek.


Tu nie wiem komu się przygląda.


Nie mogę nie wspomnieć o małej wróżce, którą tam spotkałam. G. miała złotą różdżkę w kształcie ważki. Opowiadała mi ciekawe historie na schodkach po schroniskiem.


Najmilej wspominam ranki i wieczory. Te pierwsze jeszcze zaspane z bosymi stopami w rosie (ze strachem, czy aby nie wdepnęłam w niespodziankę od kucyka) i z kawką.


A wieczory, z cichym pobrzękiwaniem gitary, spokojnymi rozmowami turystów,  zapachem rozpalanego ogniska i chłodem skradającym się od strony rzeki. Jedno z ognisk spędziłam w towarzystwie koniarzy-bajarzy.

 

I o, cała Jaworcowa historia. Teraz wiele się tam pozmieniało. Nie wiem czy na lepsze czy gorsze. Nie mnie oceniać i nie miejsce na to. Sprawdźcie sami. Ja cieszę się, że trafiłam na Jaworzec właśnie wtedy.

sobota, 8 kwietnia 2017

Przystanek Wiosna.


No nie wierzę. W końcu się zebrałam. Blog ruszył (dzięki Wiktor!). A tłumaczyć się nie będę. Bo nie muszę. No to siup. Nadchodzi wiosna. W Bieszczadach jeszcze gdzieś tam kryje się pod płatami śniegu i za bukami zwalonymi po zimowych wichurach. Może jeszcze jej w pełni nie widać, ale czuć w powietrzu jej świeże perfumy, słychać pierwsze ptasie trele, a niedźwiedzie już nie chrapią. Zimę spędziłam pod hasłem biegania po lodzie (Rzeźniczek sam się nie przebiegnie...) i kaleczenia narciarstwa (Ja vs Buk 1:0). O ratowaniu świata już nie wspomnę. Zima zawsze pozostanie moją ulubioną porą roku (pewnego gorącego letniego dnia, dla ochłody może zaserwuję Wam zimowy wpis), ale po pięciu białych, śnieżnych miesiącach, nie mogę doczekać się prawdziwej wiosny. I zielonego koloru za oknem!

P.S. Te parę zdań wyżej napisałam jakiś tydzień temu. W tym czasie wiosna wybuchła do tego stopnia, że pod schroniskiem wyłoniły się przebiśniegi, opalałam się z psami na Wierchu Wyżniańskim, a nie mówię już o internecie zalanym chochołowskimi krokusami. Ale zaraz skończyło się rumakowanie i znowu przyszedł śnieg, roztopy, papierki i kupy spod ziemi. No czyli kwiecień się przeplata. I plecie głupoty. Koniec P.S.
 

Mimo, że wiosna nadal niedorozwinięta i czasem sypnie śniegiem, sezon na Włóczęgę Bieszczadzką uważam za otwarty. Przystanek pierwszy: Balnica. Czemu tam? A tak wyszło. Pewna utalentowana Magdalena (Wildcone), udała się tam na tydzień, aby podglądać niedźwiedzie i dziergać im kolczyki z koralików. Spakowałam się i postanowiłam do niej dołączyć. Bardziej do podglądania niedźwiedzi niż dziergania. 


Latem w Bieszczadach, panują turyści. Knajpy, hotele, uliczki w Wetlinie bądź w Cisnej, są zaludnione i zastawione straganami Made in China. Na szlakach górskich jest tłoczno od ambasadorów sklepu Decathlon. A niby taki koniec świata. Klimat odludzia można poczuć dopiero zimą. I ta cudowna cisza. Czasem nawet przerażająca. Przeplatana tylko szumem wiatru czy skrzypiącymi na mrozie drzewami. Jak porządnie sypnie śniegiem, człowiek jest zdany na siebie i pomoc innych. Zimą też, odniosłam wrażenie, że las i góry są bardziej niedźwiedzie i wilcze. Człowiek, wtedy nabiera większego szacunku nie tylko do samych gór ale i do lasu, w którym tak naprawdę jest intruzem. Zwłaszcza jak zobaczy tropy niedźwiedzia. Ale po kolei. Wąskotorowej.


Wyruszyłam z Roztok Górnych w kierunku Balnicy. Droga całkiem przyzwoita, ale we mgle i ośnieżona. Miło było, poczuć ostatnie tchnienie zimy (jak się później okazało, przedostatnie), ale człowiek me mgle czuje się jak... we mgle. A tu tropy niedźwiedzia i niedźwiadka. Wtedy wyobraźnia działa na wyższych obrotach niż zwykle, a ta z kolei napędza motorek w nogach do szybszego marszu.

 
 Dotarłam do dawnej wsi Solinka, po której pozostało tylko cerkwisko z cmentarzem. Tu też spotkałam pierwszych ludzi. Minęli mnie samochodem. Patrzyli się jakbym miała co najmniej pięć głów. I to w plecaku.


Gdzieś na wysokości Solinki, szlak odbija w kierunku zachodnim. Tam wreszcie mgła trochę zelżała i udało się znaleźć tory, którymi poszłam już bezpośrednio do Balnicy. Tu znowu gdzieś na poboczu zobaczyłam tropy niedźwiedziowe i pomknęłam szybciej od kolejki wąskotorowej, która w sezonie panoszy się po bieszczadzkim lesie. I nagle oczom moim ukazał się niewielki domek. Cóż, mgła i roztopy nie dodawały mu szczególnego uroku,ale klimacik poczułam.

A cóż to za miejsce? Trochę magiczne. W zupełnej głuszy, ok 12 km od Cisnej, bezpośrednio przy granicy ze Słowacją, kiedyś wybudowano dom dla pracowników kolejki wąskotorowej. Dziś jest to jeden z przystanków kolejki oraz coś w rodzaju schroniska, aczkolwiek ta nazwa zupełnie mi do tego miejsca nie pasuje. To jest po prostu Dom (jedyny) w Balnicy.


Podeszłam do drzwi. Zadzwoniłam i zapukałam. Nikt się nie odezwał. Magdaleny jeszcze nie było (pewnie plotła koszyki wiklinowe z Panią Niedźwiedziową), więc miałam czas aby połazić dookoła i porobić fotki. I urzekło mnie to miejsce. Najpierw, siadłam na ławie przed domem. Na kolanach usiadł mi kot z dzwoneczkiem u szyi. Machając nogami popijałam herbatę i wyobrażałam sobie jak to wszystko wygląda latem. Wypatrywałam Magdaleny i niedźwiedzia. Przez okno w domu zobaczyłam wilka, który tylko na mnie spojrzał, zamerdał ogonem i puścił oczko. 

 
 

Korzystając z tego, że było jeszcze jasno, a Magdaleny na horyzoncie nie widziałam, ruszyłam na mały obchód, czując na obiektywie spojrzenia niedźwiedzi i wilków.


No dobra. Wszystko fajnie, ale zaczęło się robić zimno i ciemno. W końcu na horyzoncie pojawiła się Magdalena i weszłyśmy do środka. No i się zakochałam. W chałupie i w Lunie.  Luna ma w sobie trochę najprawdziwszej krwi wilka. Strażniczka stacji w Balnicy. Ma swoje lata, ale dzielnie pilnuje domu w tej przygranicznej głuszy. Pieszczoch nie z tej ziemi. Ciekawe czy to również cecha prawdziwego wilka?


A dom to kopalnia staroci, ciekawych książek, fantastycznych zdjęć. No i przede wszystkim klimat.

 

Na następny dzień miałam zupełnie inne plany. Chciałam wrócić szlakiem granicznym do Roztok Górnych, ale wystraszyły mnie te niedobudzone, głodne i rozczochrane niedźwiedzie w piżamach. Odpaliłam Wisienkę (cud!) i pojechałam w kierunku Łopienki. A tam inny świat. No wiosna! Słońce, kwiatki, bazie jakieś, zieleń, jeleń i świergolenie ptaków.

 


 

Łopienka to nieistniejąca już wieś. Znana jest przede wszystkim z obudowanej cerkwi, stojącej dosłownie po środku niczego. Bardzo urokliwe miejsce. Do dziś widoczne są podziały na pola i działki. Po dawnych sadach zostało kilka dzikich drzew. Gdzieś nad potokiem można doszukać się resztek zabudowy. Na wzgórzu, idąc w kierunku Przełęczy Hyrcza, znajduje się stary cmentarz.  Kiedyś były plany, a by na terenie Łopienki zrobić skansen. W sumie miejsce idealne, ale chyba dobrze, że nie doszło do realizacji tego pomysłu. Po godzinnej włóczędze po krzakach, zrzuciłam plecak i położyłam się na suchej i ciepłej łące.

 


 

Wycieczki uczą i wychowują. Człowiek tyle się po krzakach włóczy, a w Łopience dowiaduje się, że chodzi po kiblach...



 A co u mnie? Dzikie plany. Wciąż Bieszczadzkie, ale też Niskobeskidzkie. Biegam. Niedługo będę też jeździć. Gadam z psami.