fotorabarbar na Facebooku

niedziela, 13 marca 2016

Bieszczadzka Wyprawa Zimowa cz. 2




Witam ponownie w Polsce B. Bieszczadzkiej. Jak porównuję zdjęcia z tego i poprzedniego wpisu (zdjęcia TUTAJ), to mam wrażenie jakby były z zupełnie dwóch innych miejsc na ziemi. Tylko ekipa pozostała ta sama. Na szlaku spotkaliśmy niewielu wędrowców. Cisza, śnieg i powiew zimnego oddechu Bieszczadów. Po trzech dniach lżejszych wędrówek wyruszyliśmy z całym ekwipunkiem z Otrytu, w kierunku Połonin. Już w środę wieczorem, gdy grzaliśmy tyłki w saunie, zaczęło sypać śniegiem. I tak padało sobie całą noc. Ranek przywitał nas widokiem rodem ze śnieżnej Narnii. Idealna pogoda. Właśnie taka, jaką sobie wymarzyliśmy na tę trasę.

I wyruszyli z Otrytu. Ja poszłam szukać Wilków.

 

W czwartek naszym górskim celem była Magura Stuposiańska, z której skierowaliśmy się prosto do Koliby na nocleg. Ruszyliśmy przez Dwernik i Nasiczne, w których nadal panowała wiosna. W Nasicznem zaczęliśmy wspinać się w kierunku Magury. Im wyżej, tym coraz więcej białego puchu. Więcej i więcej. I było coraz bardziej cudownie. Dawno nie widziałam tak ślicznej zimy.

 
 

Trafił się kawałek błękitu, ale ogólnie chmury za nami i przed nami były ołowiane.


Scenka rodzajowa: Adam stań pod drzewem. Basia zrobi zdjęcie jak kijkami strącam na Ciebie śnieg z gałęzi...


Tadaaaaaaam!


Cudownie!

 
 
 

Jest i ona. Magura Stuposiańska. Stąd do Koliby było już niedaleko. Ale postanowiliśmy, że właśnie w tym miejscu, w takich pięknych (i chłodnych...) okolicznościach przygotujemy sobie obiad. 

 
 

Podano po królewsku. Fasolka po bretońsku, z makaronem, pestkami dyni i ziołami prowansalskimi. Dobrze, że dżemu nie mieliśmy pod ręką.

 
 
 
 
 
 

Zmarzliśmy tam bardzo. I szybkim krokiem podążyliśmy w kierunku Koliby. Niebo trochę się przetarło i wyszło piękne, popołudniowe słońce. Cała trasa tego dnia była śliczna. Ale na tym odcinku podobało mi się najbardziej. Cudowna, lekka i puszysta zima jak z bajki.

 




 
 
 

Tuż przy zejściu do Koliby podziwialiśmy nasz cel na dwa następne dni. Połoniny.

 
 
  

W Kolibie mogliśmy posmakować cywilizacji w postaci prysznica i bieżącej wody. Rankiem ruszyliśmy w kierunku Połoniny Caryńskiej. W końcu udało nam się zebrać i wyjść przed ósmą rano.


Jest i podejście pod Caryńską. Wiał silny i zimny wiatr. Zdjęcie poniżej ukazuje widok za mną i przede mną.



A to z boku i na górze.



Dotarliśmy!




 
 

Z Połoniny Caryńskiej ruszyliśmy w dół, kierunku Brzegów Górnych (lub jak ktoś woli Berehów Górnych), a następnie ponownie w górę, na nocleg do Chatki Puchatka na Połoninie Wetlińskiej. I tu się działo. Nie udało nam się zrobić po drodze zakupów, więc to był dzień Wielkiego Głodu. Wejście było bardzo strome, a śnieg, ciężkie plecaki i puste żołądki tego wejścia nam nie ułatwiały. Dodawaliśmy sobie sił rozmawiając o tym, że ogrzejemy się w Chatce Puchatka i wykupimy sobie obiady. Nasz entuzjazm systematycznie gasili schodzący z góry wędrowcy, którzy mówili, że w Chatce jest zimno i do kupienia są tylko słodycze. A my marzyliśmy o wielkich, latających kotletach schabowych... Kojarzycie uczty w Hogwarcie? Gdy na pustych już półmiskach pojawiały się kolejne porcje jedzenia? No to jakbyśmy tego dnia, we czwórkę trafili na taką ucztę, to zjedlibyśmy tyle, że półmiski nie zapełniłyby się ponownie. Na miejscu na szczęście był piecyk i fasolka po bretońsku (dla odmiany!). Żelazne zapasy (czyli konserwę turystyczną i trzy puszki tuńczyka) zostawiliśmy na śniadanie. Zaraz po zjedzeniu tej fasolki znowu byliśmy głodni, ale przeżyliśmy...rozmawiając oczywiście cały wieczór o jedzeniu.

 
 

Oto i ona. Chatka Puchatka.

 
 

W nocy na niebie nie było ani jednej chmury. Nigdy nie widziałam tak cudownego, czarnego nieba zapełnionego gwiazdami. Wschód słońca również był niesamowity.

 
 
 
 
  
 
 

Po śniadaniu mistrzów wyruszyliśmy ponownie w kierunku Zatwarnicy, a dalej znowu do Chaty Socjologa na Otrycie. Oczywiście dalej głodni. Ale kto by się tym przejmował skoro takie widoki były dookoła?

 
 

 
 
  
 
  

Ogólnie szło się bardzo dobrze, ale bywały momenty w których zapadaliśmy się po kolana (a rakiety śnieżne zostawiliśmy na Otrycie...). Bywało ślisko, bardzo wiało i zdarzało się, że wiatr spychał nas na boki. 

 
 
 
 
 
 
 

W Zatwarnicy zrobiliśmy napad na sklep. Wykupiliśmy całą kiełbasę! A do tego bułki, serki, batony, wszystko na co mieliśmy ochotę. Urządziliśmy ucztę pod sklepem. Następnie poszliśmy w kierunku Chmiela. Tam znowu zahaczyliśmy o sklep. Zachciało nam się  naleśników, piwa i oranżady. Byliśmy zmęczeni ale w dobrym humorze, bo czekał nas wieczór i cały następny dzień w Chacie Socjologa (zdjęcia TUTAJ). Tylko kto wniesie mąkę na górę?


 

Dzielny Kamil poświęcił się by nieść mąkę przez pół drogi. Pierwsze i drugie pół...

  

Zdjęcie poniżej, zrobione zostało w połowie trasy na Otryt. Ukazuje uroczyste przekazanie najcięższego kilograma na świecie. Jednak mąka ponownie wylądowała w plecaku Kamila, który o tym nie wiedział...ale podobno szło mu się lżej :-)

 

Następny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek, co w naszym wykonaniu oznaczało znoszenie drewna, lepienie bałwana i zjeżdżanie z górki. Tak pożegnaliśmy Bieszczady.

 

A bałwana wysadziliśmy w powietrze! A przynajmniej staraliśmy się to zrobić...



To już ostatnia część ze zdjęciami z Bieszczadów. Wyczekujcie filmu. Tam będzie się działo :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz