fotorabarbar na Facebooku

środa, 2 marca 2016

Bieszczadzka Wyprawa Zimowa cz. 1

 

Wróciliśmy. Cali i zdrowi. Wysiedliśmy z tramwaju na przystanku, na którym wisiał plakat filmu pod tytułem "Na granicy". I mimo spalin wiszących w powietrzu, zapachniało nam ponownie rześkimi Bieszczadami. Przez tydzień zdążyliśmy nacieszyć się górami, by z ochotą zająć się codziennością. Wróciliśmy bogatsi o wspomnienia, nowe znajomości i stalowe łydki. Ale Ci co chodzą po górach, wiedzą, że po takich wyjazdach zostaje (pojawia się?) coś więcej. I ostrzegam z GÓRY. To będą długie wpisy. Ten do zimowych średnio należy, bo skupia się na niższych partiach gór, w których śniegu było bardzo mało, albo wcale. Przy okazji chciałabym napisać co nieco o samej historii Bieszczadów i o życiu w tym regionie (na podstawie fotografii z okolic miejscowości takich jak Lutowiska, Dwernik, Chmiel, Zatwarnica, Nasiczne).

A o to Czterej Bieszczadzcy Muszkieterowie. Całkiem zgrany zespół.

Mateusz. Przewodnik Watahy. Ale żeby nie było tak "ważnie" to również Nadworny Przewracacz-Gleboznawca. 

 

Kamil. Nadworny Kamerzysta. Pogromca Śnieżnych Batonów. Właściciel unikalnych kijków, wykonanych chudziutkimi rączkami, pomarszczonego nepalskiego mnicha.

 

Adam.  Nadworny Pożeracz Żelek. I Taternik. Na szlaku Mistrz Równowagi. Chodzi na wagary w góry i za to powienien mieć wzorowe zachowanie na świadectwie.

 

No i ja. Nadworny Fotograf. No i żeby znowu nie było zbyt "ważnie": Królowa Majestatycznych Gleb (no błagam! na twarz?)


 
Trzy pierwsze dni naszego pobytu, poświęciliśmy na wędrówki po niższych szczytach, aby przygotować się do cięższych podejść już z całym ekwipunkiem. Wtedy spaliśmy w Chacie Socjologa (zdjęcia TUTAJ) na Otrycie, na którym od czasu do czasu pojawiała się zima, bo w niższych partiach panowała wiosna.


 
 

W nocy, jadąc autobusem w kierunku Bieszczadów, wszyscy marzyliśmy o zamieci śnieżnej. Taki górski fetysz. Nie mogłam usnąć, więc gapiłam się w gwiazdy. Między Rzeszowem, a Sanokiem chmury przysłoniły niebo i zaczęło delikatnie prószyć. Im bliżej Lutowisk, tym bardziej sypało. Wtedy złapał mnie śpioch. Przebudzałam się co pięć minut i nie byłam pewna czy lekko ośnieżone pagórki za oknem to sen czy przyjemna rzeczywistość. I zajechał pekaes do Lutowisk.

Pizza przywieziona jeszcze z Łodzi. Na śniadanie w sam raz. 


Szybkie przygotowanie do wyjścia w góry.


Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć cudowne kijki Kamila w całej swej nepalskiej okazałości.

 

No i wyruszyli. Lutowiska, to ostatni przejaw cywilizacji jakiej mieliśmy okazję posmakować w przeciągu całego tygodnia. I przysięgam. Jak tylko wyruszyliśmy usłyszeliśmy powitalne wycie wilka (pewnie jakiegoś Burka ale ciiiii.....). Z Lutowisk skierowaliśmy się w kierunku Otrytu, zahaczając o Trochaniec.


Po drodze spotkaliśmy dziką zwierzynę, która po spotkaniu z nami nie ucierpiała.

 
 
  

Pierwszy Bieszczadzki Upadek.


Sypało coraz bardziej. Gdy byliśmy już bliżej Trochańca, zatrzymałam się na chwilę by porobić zdjęcia. I nagle z lasu wyskoczyły dwa radosne wilki.


 Trochaniec zdobyty! Po nim skierowaliśmy się na Otryt, do Chaty Socjologa, którą już znacie.


Rano, wyruszyliśmy w góry. Miało być lekko, niedaleko i niedługo. Chcieliśmy dobrze, ale wyszło jeszcze lepiej. W drodze powrotnej zmieniliśmy plany, które zaowocowały wędrówkami po krzaczorach, po ciemku, w poszukiwaniu mostu na Sanie. Ale po kolei. W nocy śnieg zdążył już stopnieć. Najpierw skierowaliśmy się na Dwernik by zrobić zakupy.  

 
 
 

Zakupy schowaliśmy w stosie badyli, żeby nie nosić ich ze sobą cały dzień. Z Dwernika ruszyliśmy asfaltówką do miejscowości Nasiczne, w kierunku naszego głównego celu, którym był szczyt Dwernik Kamień. Cisza i spokój, którą zakłócił tylko silnik przejeżdżającego malucha. Byliśmy jedynymi turystami. Skromne i piękne odludzie. Prześladowało nas drewno. Z kominów drewnianych domów unosił się pachnący dym. Przed domami dumnie prezentowały się poukładane szczapy na opał i powbijane w pieńki siekiery. Gdzieś tam w tle słychać było piły rżnące drzewa. Po nich następowała chwilka ciszy, a po niej dźwięk upadającego drzewa.



 
 
 

No i nie mogło zabraknąć retort, do wypału węgla drzewnego.


Tam życie płynie wolniej. Najzwyczajniej natura nie pozwala na to, żeby się z czymkolwiek śpieszyć. Codzienność w Bieszczadach do najłatwiejszych nie należy. Na pewno znane jest Wam powiedzenie, żeby "rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady". To zawsze kojarzy się z tym żeby oddalić problemy, rzucić nie lubianą pracę i zachwycić się górską sielanką. Najlepiej mieszkać w drewnianym domu w lesie, skakać z zającami po wrzosowiskach, pleść wianki na głowę i robić nalewki malinowe. Takie pójście na łatwiznę i porzucenie etatu zabieganej współczesności. O pardą ale gó....no prawda. Życie w takim odludnym miejscu to dopiero wyzwanie. To wyjście z cieplutkiej i pluszowej strefy komfortu. Tam jesteś zdany na siebie i na kaprysy natury. Radź sobie sam człowieku. Sam. I nie marudź.

 
 


 

Jest i diabeł bieszczadzki, z baru "Piekiełko" w Dwerniku. Nie był to zwykły bar, w którym podawano  pierogi (podobno najlepsze w Biesach) i piwo. Odbywały się tam niegdyś tzw. KIMBy czyli Kongresy Internautów Miłośników Bieszczadów. Lokal od wielu lat jest już zamknięty, ale diabeł łypie okiem. A tak przy okazji, to pewnie niezłe burdy bieszczadzkie musiały tam się dziać...

"Piekiełko" przygarnie, "Piekiełko" ogrzeje,
W "Piekiełku" - gdy marnie, ktoś zawsze poleje,
Wystraczy kropelka, wystarczy ździebełko,
By oko zaszło Ci mgiełką.

J. Nowakowski (Baryła) W "Piekiełku".



 


Udało nam się spotkać niedźwiedzie.

 

Na wysokości Dwernika zachwyciliśmy się Sanem. Nie przypuszczaliśmy wtedy, że jeszcze tego samego dnia będziemy przeklinali tę rzekę.

 
 


Pytanie do tych Trzech Muszkieterów z dołu: czy ja dobrze pamiętam, że gdzieś po drodze narodził się pomysł, aby przeprawiać się przez San? Rwący? W nocy? Gdy nie mogliśmy znaleźć mostu?  

 
 

W Dwerniku mijaliśmy drewniany kościół pw. Świętego Michała Archanioła. Starsze pokolenie wychodziło właśnie z mszy, ze świecami w rękach (Święto Matki Boskiej Gromnicznej).



Wkrótce wyłoniła się miejscowość Nasiczne i tam w końcu weszliśmy na górski szlak. Jeszcze podczas wchodzenia pod Dwernik Kamień pojawił się pomysł aby wrócić do Chaty Socjologa inną drogą, zahaczając o Ruskie. No ale może najpierw wejdźmy na ten Dwernik Kamień.



No i jest.



No to co? Azymucik i do przodu!

 
  
 
 
   
Schodząc z Dwernika, skoczyliśmy jeszcze na mogiły żołnierzy armii austriacko-węgierskiej z okresu Pierwszej Wojny Światowej. Na takie groby oraz okopy można trafić w wielu miejscach. Teren Bieszczadów przez wiele miesięcy stanowił granicę między Austrią i Rosją oraz był miejscem zaciekłych walk. Zniszczeniu uległo wiele miejscowości, nie mówiąc już o stratach w ludziach, żołnierzach, których  historie do dziś pozostają anonimowe.

 

Stąd szliśmy już na dziko totalnie. Przechodziliśmy przez zwalone drzewa porośnięte mchem i strumienie. Kilka zejść było na prawdę stromych (nie ma to jak upaść pierwszego dnia i stłuc kolano). Niektóre drzewa była ogromne i czuliśmy się maleńcy. Piękne odludzie. Idealne miejsce do walk partyzanckich jakie miały miejsce w okresie Drugiej Wojny Światowej i tuż po niej.

 
  
 

Walki polskich oddziałów z ukraińskimi trwały tu do 1947 r. i zakończyły się przesiedleńczą akcją "Wisła". W jej trakcie wysiedlono ukraińską ludność, co w konsekwencji doprowadziło do wyludnienia Bieszczadów. Wiele miejscowości całkowicie opustoszało. Przykładem mogą być właśnie Ruskie, które odwiedziliśmy. Aż trudno uwierzyć, że nie całe sto lat temu istniała tu jeszcze całkiem przyzwoicie rozwinięta osada z budynkami mieszkalnymi, gospodarczymi, zabudowaniami dworskimi, młynem wodnym, cerkwią i cmentarzem. I takich miejsc w Bieszczadach jest wiele. O dawnym życiu mówią omszałe resztki zabudowań, zarośnięte studnie czy piwnice oraz zdziczałe sady. Trzeba patrzeć pod nogi, żeby nie wpaść w jakiś dół, czy nie wybić sobie zębów potykając się o resztki pługa czy inne fanty.

 
 

Do Ruskich trafiliśmy tuż przed zmrokiem. Dość szybko zrobiło się ciemno. Chcieliśmy przedostać się na drugą stronę Sanu i nie mogliśmy zlokalizować mostu. Przedzieraliśmy się przez kolczaste krzaki, wysokie trawy, polany i błotniste drogi.  Gdzieś tam po drugiej stronie rzeki było widać światła domów i przejeżdżających przez szosę samochodów. Tak blisko, a tak daleko! Przezornie wzięliśmy ze sobą czołówki, ale i tak szliśmy gęsiego, ciasno zbici ze sobą. Dzielnie posuwaliśmy się do przodu, z kilogramami błota na butach. Kilka dni temu pierwszy raz usłyszałam piosenkę Starego Dobrego Małżeństwa pt. Blues nocy bieszczadzkiej (POSŁUCHAJ). I tekst skojarzył mi się z naszą nocną eskapadą.

San wśród nocy błyszczy, 
San wśród nocy lśni...

 Słychać czyjeś kroki, 
słychać szelest traw, 
jakby oni polem borem tutaj szli...

 
 

Prawie pocałowaliśmy most gdy go znaleźliśmy. Pozostało nam odebrać zakupy z Dwernika i jeszcze tylko wejść na Otryt. Gdy weszliśmy do Chaty Socjologa rozsiedliśmy się w ganku.  Zmęczeni, z rzepami we włosach i na czapkach, umorusani błotem. Zasłużyliśmy na piwo. A to był dopiero drugi dzień. Nie mogliśmy doczekać się następnych.

 

Wyprawę zakończyliśmy przy kominku, siedząc do późna. Następny dzień przeznaczyliśmy na leniuchowanie. Mimo to obudziłam się wcześniej i zrobiłam sobie poranny spacer po lesie. Potem wróciłam na chwilę do Chaty Socjologa, zaparzyłam herbatę i znowu wróciłam na zewnątrz. Usiadłam na ławce i podziwiałam Połoniny. Oprócz tego, że zmarzł mi kuper to czułam, że żyję. Gdzieś tam na drugim końcu i granicy Polski poczułam się jak u siebie. A tyłek dalej marzł. Wróciłam do ciepłego śpiwora w Wieży Jaskółki, z której  później powitał mnie taki widok:

Kamil i Adam robią pranie w misce, a harcerze schabowe tłuką. Ot taka codzienność w Bieszczadach!

 

Już nie mogę doczekać się pisania drugiej części o Wyprawie. Będzie to relacja z naszego przejścia z Otrytu, przez Magurę Stuposiańską na Połoniny. Będzie dużo śniegu i niesamowitych widoków. Wisienka na torcie. Czekajcie cierpliwie i zaglądajcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz