fotorabarbar na Facebooku

środa, 17 lutego 2016

Chata Socjologa

 
Jedno słowo. Bieszczady. I wiadomo. Tym, co czują klimat, nic nie trzeba tłumaczyć. A reszta i tak nie zrozumie. No chyba, że ta reszta jeszcze tam nie była. Zanim przystąpię do relacji ze wspaniałej, tygodniowej wędrówki po tych wyjątkowych górach, chciałabym przedstawić Wam miejsce, w którym kilka razy nocowaliśmy i poczuliśmy się jak w domu. Nie jak w cudzym, tylko jak we własnym. Tym razem dwa słowa. Chata Socjologa. I znowu to samo.  Wiadomo o co chodzi. Tym co tam byli i poczuli klimat, nic nie trzeba tłumaczyć. To nie jest zwykła chata. Na pewno jest to jedno z najbardziej wyjątkowych miejsc w Polsce w jakim miałam okazję być. I na pewno tam wrócę. Nie raz.


Na początek trochę faktów.  Chata Socjologa (WWW, Facebook), to nie schronisko. To Dom Pracy Twórczej w Otryckiej Republice Wolnej Myśli i Słowa. Znajduje się w dość dzikiej i mniej znanej części Bieszczadów, na Otrycie (okolice Lutowisk, Dwernika i Chmiela). Stąd rozpościera się widok na Połoniny: Wetlińską i Caryńską. Idealne miejsce na odludziu do wyrażania swych myśli, zwłaszcza w dość niesprzyjających temu czasach, w okresie PRL. O samej Chacie i ludziach z nią związanych, pewnie istnieje mnóstwo historii do opowiadania na 100 lat. Ja historię tego miejsca przedstawię w maleńkiej pigułce. Pierwszą Chatę Socjologa wybudowano w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Były to początki nie tylko samego budynku. Powstało coś więcej. Założono Klub Otrycki, który miał opiekować się Chatą, ale przy okazji jego działalność nabrała rozmachu. W Chacie obywały się liczne spotkania, konferencje, seminaria naukowe. Po 1989 r.  nadeszła inna epoka,  ze swoimi "kapitalistycznymi brudami" i to zmieniło charakter Chaty.  Zakończył się etap wolnomyślicielski, ale rozpoczął się kolejny. Ludzie zaczęli tu przyjeżdżać, żeby po prostu odpocząć. Od codzienności, zgiełku miasta. I tak jest do dziś. W 2003 r. pierwsza Chata spłonęła, ale ją odbudowano. Tuż obok stoi pamiątkowa stopa kominowa starej Chaty.

 

No i co? Że niby zwykła górska noclegownia, a ja się podniecam, strzelam foty i wpis robię? Nie umiem Wam wytłumaczyć fenomenu tego miejsca. Tam po prostu trzeba pojechać, tzn. wdrapać się i wczuć się w klimat. Zanim tam wylądowałam znałam to miejsce z Wilczych Opowieści (nie znacie :-P). I było dokładnie tak jak w tych opowieściach. Ba! Nawet lepiej! W drzwiach powitała nas Żyrafa. Powiedziała co i jak, i rozgościliśmy się.

 
 

Jedną z atrakcji Chaty Socjologa jest rąbanie drewna. Najzwyczajniej, jeśli chcesz coś ugotować i mieć ciepło w kuper, to sobie rozpal w piecu.  No to jedni rąbali drewno, a ja rąbałam zdjęcia... 

 

 
 


Nie pytać czemu, ale uwielbiam drewutnie. Nie chodzi tylko o tę z Otrytu. Jedni lubią truskawki, zachody słońca, albo jeździć na rowerze. A ja lubię drewutnie.


Przyznaję się bez bicia. Chłopaki napracowali się przy tym drewnie, a Hrabina Barbara skakała po Otrycie z aparatem wte i wewte. Za karę zmarzłam.

 
 
 

  

 
 
  

Natknęłam się na kilka leśnych ciekawostek.

 

Na przykład na błękitny czajnik... 


 Na latającą siekierę...


Czy ptaka w pelerynie niewidce.


A oto Bestia (vel Wincej Żarcia). Niby zwykły pies, ale lubi grzebać w śmieciach i roznosić je po swoim legowisku. No to jak z tymi moimi drewutniami. Pewnie to po prostu lubi.

 

No i wspaniała Bryndza!



 



Jeździłabym...

 
 
W tym oto niewielkim namiocie znajduje się sauna. Zwykły piecyk, obłożony kamieniami i ławeczki. Trzeba było ją trochę ogarnąć i rozpalić. Akurat tego wieczoru, gdy rozpaliliśmy w saunie, sypnęło śniegiem. Trochę za mało żeby się po rozgrzaniu w nim wytarzać, ale starczyło żeby nas schłodzić. Nie polecam lania spirytusu na rozgrzane kamienie. Bo najzwyczajniej śmierdzi. 


Oto Pierwszy Piroman RP:

 
 

Bardzo miło wspominam wieczory w Chacie Socjologa. W środku nie ma prądu, więc wszędzie palą się świeczki. W głównej sali jest też wielgachny kominek. Ogólnie panuje tam przemiła atmosfera. Wieczór to czas, w którym wszyscy zbierają się na dole. Ktoś tam coś jeszcze pichci, schodzą się ostatni wędrowcy, popija się herbatkę lub piwko (ewentualnie spirytus z Pluszszszem...), ktoś w tle brzdąka na gitarze (raz w ruch poszły bębenki, misa z wodą, grzechotka, a nawet klapki...). Można w coś pograć (Chińczyk to zło666!), pogadać (nie tylko o górach), pośpiewać. A czasem zwyczajnie posiedzieć i pogapić się na ludzi. 

  
 
 
 
 

W Chacie Socjologa spędziliśmy trzy pierwsze dni naszego pobytu w Bieszczadach. Przeznaczyliśmy je na "lżejsze" wędrówki, by przygotować się do cięższych, śnieżnych już podejść na Magurę Stuposiańską i dalej na Połoniny. Z tych kilku dni bieszczadowania powstaną chyba dwa wpisy, więc czekajcie, zaglądajcie. Na sam koniec będzie film! Już przejrzałam materiał do montażu. Będzie dużo pracy ale chyba warto stworzyć jakiś przelot przez całą wyprawę. Na ostatni nocleg wróciliśmy na Otryt. I było nam strasznie żal wyjeżdżać. Ale nie ma co biadolić. Ja tam wrócę.

Otryt pożegnał nas takim widokiem...

 

 Bieszczadzki c.d.n.

1 komentarz:

  1. Siema. Czy ta chatka działa jak ta w Dydiowej tzn. przyjdź, posiedź i pozostaw porządek (kwestia opału wiadoma)? Bo znam już kilka chatek a teraz mam kolejną i chyba jutro jadę w Bieszczady. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń