fotorabarbar na Facebooku

środa, 27 stycznia 2016

Trestno Arboretum i Wyspa Lokrum

 
  Dawno nie było czegoś chorwackiego. Ostatni chorwacki post był o Dubrovniku (TUTAJ), więc pociągnę ten temat dalej. Przy okazji przyda się trochę zieleni podczas tych obrzydliwych roztopów. Dziś w parku widziałam kaczki tańczące na lodzie. Ha Ha ha. Pośmiałam się, a zaraz po tym o mało sama nie wywinęłam orła (kaczki?). Dookoła zrobiło się szaro, buro i ponuro, to na blogu lato w pełni. Kaaabuuummmm! Arboretum Trestno i Wyspa Lokrum.  Podobnie jak Dubrovnik stały się plenerem do scen "Gry o Tron". Nie są to miejsca z listy "must see" w Chorwacji, ale czas tam spędzony nie będzie straconym. W tych miejscach można się ochłodzić i odpocząć od turystycznego zgiełku. 

 Zaczynamy od kociej sjesty.

 

Arboretum Trestno


Arboretum (w serialu Quarth) znajduje się 20 km na północ od Dubrovnika. To jeden z najstarszych ogrodów botanicznych Chorwacji. Powstał na przełomie XV i XVI w. i otulał letnią rezydencję rodziny Gučetić. Pałac niestety nie przetrwał wojny z lat dziewięćdziesiątych XX w. Do dziś zachowały się fragmenty akweduktu oraz okazała fontanna.  

  
 
 
 

 W ogrodzie było zaledwie kilka osób (nie licząc wycieczki, która szybko się zmyła). Panowała tam niesamowita, spokojna atmosfera. W tle słychać było cykady, a pod nogami i po ścianach budynków biegały jaszczurki.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Wyspa Lokrum


Wyspa (Quarth w "Grze o Tron"), będąca rezerwatem przyrody, znajduje się nieco bliżej (600 m) starówki Dubrovnika. Można na nią dostać się jedynie drogą morską. Wpław. Dla mniej ambitnych polecam niewielki prom, który wypływa z portu. Można tam spędzić cały dzień, bycząc się na wybrzeżu czy spacerując po ogrodach. Jeszcze przed połową XI w., na wyspie powstał klasztor benedyktynów. Niestety uległ on zniszczeniu w XVII w. z powodu trzęsienia ziemi. W XIX w. Francuzi, w najwyższym punkcie wyspy wznieśli Fort Royal. W 1859 r. cesarz Maksymilian Habsburg, na ruinach klasztoru zbudował pałac (dziś restauracja) otoczony ogrodami.

Widok na wyspę z punktu widokowego i murów obronnych Dubrovnika:

 
  

Klasztoropałacorestauracja
 
 

I pawie. Dużo pawi. 

  
 

W jednym miejscu było mnóstwo kaktusów. I jeszcze więcej szerszeni.

 
 
 

Na wyspie znajduje się słone jeziorko, nazywane Morzem Martwym (Mrtvo More). 


Podejście na najwyższe wzniesienie wyspy to był wyczyn. Szlak wprawdzie nie jest skomplikowany i Everest to nie jest, ale 40 stopni robiło swoje...

 
 
 
 
 
 
 

I na koniec widok na Dubrovnik, ze statku.

 
 

niedziela, 17 stycznia 2016

A co wy tam kopieta? Gieczno.



Pamiętacie Rozprzę? Bo ja pamiętam...Tych, którzy nie pamiętają, jeszcze nie widzieli, albo chcą jeszcze raz, zapraszam TUTAJ. Normalny człowiek po spędzeniu sześciu tygodni w błocie i wszechogarniającym brudzie powinien powiedzieć: nigdy więcej, zmieniam pracę. Ale są wyjątki, którym to się po prostu, najzwyczajniej podoba. I mimo zmęczenia, mało nam było. A co! Jedziemy do Gieczna! Więcej brudu!

Witamy w Giecznie.

 

O tym czego szukaliśmy w Giecznie, dokładniej możecie poczytać na tym blogu: Gunthera miejsce w sieci (wystarczy zjechać ciut niżej, do starszych postów). W skrócie: zaopiekowaliśmy się grodziskiem późnośredniowiecznym, które przecięliśmy długim wykopem ciągnącym się przez środek nasypu, fosę i wał zewnętrzny. Drugi, już mniejszy wykop, otworzyliśmy na owalnym wyniesieniu. Pracy było bardzo dużo, a na dodatek musieliśmy się śpieszyć gdyż konserwator stał z nahajem nad naszymi głowami i straszył terminem. Wykonaliśmy kawał niezłej roboty i dokonaliśmy całkiem ciekawego odkrycia, gdyż obiekt nie był wcześniej znany. Ale nie wszyscy doceniali nasz wysiłek. Pewien autochton z hitlerowskim wąsikiem stwierdził: "Przecież tu nic nie ma! A mam dobre oczy."

A tak wyglądało to "nic":
 
 
 

My najwyraźniej mamy "złe oczy" gdyż postanowiliśmy dokładniej sprawdzić co dzieje się pod ziemią. Na zewnątrz grodzisko jest ledwo widoczne (w jego odkryciu pomógł LIDAR). W początkowych pracach odsłaniania tego wielkiego "nic" pomogła nam kopareczka. Potem łopaty i szable poszły w dłoń. Zieleń szalona jak na wiosnę. A przypominam, że był to listopad...

 
 

Byliśmy pod stałym krowim nadzorem. Niby słodkie krówki, ale jak się do nich zbliżaliśmy to niebezpiecznie wierzgały. A co wyprawiały między sobą, ze sobą. To już opowieści na godzinę po 23:00. I na pewno nie dla dzieci.


Owadów również nie brakowało...

 

I koty! Wszędzie koty!


I w takich to okolicznościach fauny i flory ruszyły intensywne prace. A zbierająca się w fosie woda, wcale tych prac nie ułatwiała. Taka powtórka z rozprzańskiej rozrywki. Ale na szczęście była pompa.

 
 

Pracy było sporo, a więc uwijaliśmy się jak mrówki.

 
 
 
 
 

Ujarzmianie węża...

 

Jedni korzystali z zaawansowanego sprzętu "najnowszej generacji", a inni z trochę bardziej tradycyjnego...

 
 
 
 
 
Akcja "Szlachetna Paczka". Próbki pobrane i wysłane do badań dendrochronologicznych.


Piękne "słoiki"

 

Nawet w Dzień Niepodległości dzielnie pełniliśmy wartę. W imię Dziedzictwa Narodowego. 


No niby wszyscy pracowici, ale czasem fajnie popatrzeć jak inni pracują (a fotograf się obija!).

 
 
 

Co niektórzy wykonywali dziwne akrobacje...

A jeszcze inni swymi pomysłami zaskoczyliby nie jednego modowego bloggera czy fana Fashion Weeków...


Odkopaliśmy całkiem sporą ilość drewna oraz bruk kamienny. Najciekawszym zabytkiem ruchomym (wśród ceramiki naczyniowej i kości) była kula szpiegula z roślinnym ornamentem, którą znaleźliśmy pod sam koniec badań.



Ale nadeszła ta pora, gdy doszliśmy do calca sezonu archeologicznego, zakończonego szampańską ucztą. Była wyżerka (do wyboru do koloru...) i toasty z Sowietskoje Igristoje (w Giecznie na najwyższej półce w sklepie) w kubasku w grochy.

  
 

Nasz barek.

 
 

No i wreszcie można się wyspać... 


Do zobaczenia w terenie!