fotorabarbar na Facebooku

wtorek, 23 sierpnia 2016

Koniec Świata? Czy ja wiem...

 

Witam po długiej przerwie. Sporo czasu (czadu?) minęło od ostatniego wpisu i sporo też u mnie się zmieniło. I nie chodzi tylko o widok z okna. Dużo się działo, przetarłam wiele szlaków, widziałam piękne miejsca, a przede wszystkim poznałam wielu życzliwych i ciekawych ludzi. Cały czas coś. Internety słabowite, więc pozwoliło mi to skupić się na wielu innych pożytecznych rzeczach. Praca, praca, ale nie tylko ta w bieszczadzkim schronisku między Połoniną Caryńską, a Małą Rawką. Najważniejszym osiągnięciem jest chyba ta praca jaką wykonałam nad sobą. I ta wymagała więcej wysiłku niż nauka pieczenia ciast dla rzeszy turystów.

 
 
Ludzie, mieszkam w lesie! Tak. Zamieszkałam w Bieszczadach. Nie rzuciłam wszystkiego i nie spaliłam mostów. Najzwyczajniej postanowiłam spełnić swoje marzenie. Czemu właśnie Bieszczady? Bo tak. Intuicji nie ogarniesz. Co mnie urzekło w tym miejscu? Bliskość z naturą, wspaniała cisza, wolniejsze tempo życia tutejszych ludzi, a przede wszystkim ich otwartość i życzliwość. Nie żebym wcześniej takich ludzi nie spotykała na swojej drodze. Ale tu jest inaczej. Po mojemu. Tak jak lubię. I co z tego, że nie ma zasięgu, internetu, Kwejków itp... (ale za to są Pokemony, podobno na Wielkiej Rawce widziano jakiegoś bardzo cennego...), że nie jestem na czasie z wieściami ze świata polityki. I co z tego? No nic właśnie. Jest dobrze. 

 
Portrety by Ziup Ziup.

Mieszkanie w dziczy trochę odbiło się na moim blogu, ale jak tylko będę mogła to obiecuję, że nadrobię. Jeszcze będziecie rzygać moimi wpisami. A jest co pokazywać i o czym pisać. Dziś chciałabym przedstawić Wam miejsce, które szczególnie mnie urzekło i do którego chciałabym wrócić nie raz, chociaż tylko po to żeby poleżeć w hamaku i pogapić się na drzewo. To Chata na Końcu Świata w Starym Łupkowie. Czemu akurat to miejsce? Jak dla mnie to coś w rodzaju kwintesencji Bieszczadów. I nie chodzi wcale o góry. 


Zapomnijcie o Solinie, Polańczyku, frytkach, koszulkach z upośledzonymi wilkami i kręconych lodach. To są Biesy. Drewniana chałupa bez prądu, woda ze studni, kominek, urokliwy kibelek na dworze, hamak, stara kapliczka, potężne drzewo, derkacz w tle... Cieszę się, że to miejsce mogłam zobaczyć po raz pierwszy z Ziup Ziupem.


Moja Wisienka 206, wprawdzie marzy o tym aby zostać Land Roverem, ale na razie musi pożegnać się z polnymi drogami. Tak więc, samochód zostawiłam przy drodze i odbiłyśmy z Ziupem w kierunku Chaty, na piechotę.  

 

Oto ona. Chata na Końcu Świata. Następnym razem jak tam zawitam, skupię się na wnętrzach. Dziś serwuję wąsko pojęte okolice chaty.

 
 
 
 
 
 
 

Jest i on. Szanowny Kibelek.

 

Bieszczadzkich wpisów ciąg dalszy nastąpi. A korzystając z tygodniowej przerwy w bieszczadowaniu, "delektuję" się cywilizacją, robiąc drifty z hot dogiem w ręce na parkingu pod Biedronką. Jadam również sushi w rozklekotanym PKSie na trasie Warszawa Wschodnia-Garwolin. Tyle wygrać!

P.S. Zaglądajcie na mojego Instagrama. Tam dzieje się więcej. I częściej.

wtorek, 10 maja 2016

Wiosna w Bieszczadach


I przyleciała wiosna. Wszystko wyłazi spod ziemi, kwitnie, pachnie, świergoli, a owady bezczelnie, w buciorach pakują nam się do mieszkań. W mieście ta pora roku gdzieś mi umyka. Jej nadejście widać w wyrastających przed knajpami stolikach, zwiewniejszych ubiorach kobiet i reklamach środków odchudzających, przeciwalergicznych oraz depilatorów. A ja postanowiłam sama wyjść wiośnie na spotkanie. W Bieszczadach. Na początku kwietnia i w trakcie majówki. I tak mi się spodobało, że zostanę tam na dłużej...A co? Nie można? Była zima w Bieszczadach. Jest i wiosna, to może i lato...


Brnąłem do ciebie maju
przez mrozy i biele
przez śnieżyce i zaspy
i lute zawieje...
...a teraz maj i maj i maj
dokoła się święci
od wonnych bzów szalonych bzów
wprost w głowie się kręci.
(SDM "Ballada majowa")

Między jednym, a drugim wiosennym wypadem miałam dwa tygodnie przerwy. A Bieszczady w tym czasie zdążyły zmienić swoje oblicze. Żółtawe, łysawe, jeszcze zaspane, przerodziły się w świeżo przebudzoną, jasnozieloną, pachnącą krainę. Cztery zdjęcia poniżej, zrobione zostały w tym samym miejscu. Pierwsze jeszcze na początku kwietnia, drugie już w trakcie majówki. Niżej widok w kierunku na Małą Rawkę.

 

Podobny efekt jest i tutaj...widok na Połoninę Caryńską i Wierch Wyżniański, od strony podnóża Małej Rawki. Na drugim zdjęciu ktoś ukradł Połoninę...

 
 

Włóczyłam się głównie w okolicach Ustrzyk Górnych, Połonin, Wielkiej i Małej Rawki oraz Lutowisk i Otrytu. Powiem szczerze, że za wiele nie zwiedziłam, ponieważ pojechałam tam w zupełnie innym celu. Jakim? Na razie wspomnę tylko, że niebawem na blogu, obok zakładki chorwackiej powstanie bieszczadzka. Ahoj przygodo!

  
 

Zanim przejdziemy do górskich widoków, trochę zabytków. Na początek Cerkiew św. Michała Archanioła w Smolniku, z XVII w. Idąc do niej, myślałam, że będzie zamknięta, ale mijający mnie po drodze autokar wypełniony emerytami, dał iskierkę nadziei. No i miałam rację. Cerkiew została udostępniona do zwiedzania i jeszcze załapałam się na krótki wykład. 

 
 
 
 

Pan opiekujący się cerkiewką był bardzo miły i podwiózł mnie do Lutowisk, do których wstępnie chciałam przejść na piechotę. Tam po szybkim obiedzie i rozmowach z PSS (Panowie Spod Sklepu) wybrałam się na kirkut. Zastanawiałam się czy w ogóle tam iść, bo zbierało się na burzę, a mnie czekała jeszcze wspinaczka na Otryt. Ale zaryzykowałam (potem burza i tak się jakoś szczególnie nie rozszalała, troszkę padało i grzmiało gdzieś w oddali). I nie żałuję. Kręcę się trochę po cmentarzach żydowskich i uważam, że ten z Lutowisk jest jednym z najbardziej malowniczych jakie miałam okazję dotychczas zobaczyć. Jak świerki podrosną to dopiero będzie klimat.

 
 
Wiosna piękna. I kapryśna. W górach, na mniej nasłonecznionych stokach leżał jeszcze śnieg. Rzadko kiedy trafiałam na ludzi. Nie licząc wypadu na Połoninę Wetlińską w trakcie majówki. Ale ruch i tak był bardzo skromny. Majówkę zaczęłam od Połoniny Caryńskiej, z wejściem od strony Ustrzyk Górnych. 

Piękny, samotny, poharatany życiem modrzew, w okolicach Ustrzyk.


No i to co Włóczykije lubią najbardziej. Na dodatek idealnie trafiłam z pogodą. Na szlaku spotkałam całe 8 osób. To i tak tłok w porównaniu z tym co było zimą (Bieszczady zimą cz. 1 i cz. 2).

 
 
 
 
 

Z Połoniny Caryńskiej zeszłam do Bacówki Pod Małą Rawką, schroniska górskiego PTTK. No i zostałam tam na dłużej. Trochę się zadomowiłam.

 

W ciągu kilku dni kręciłam się głównie w okolicach Bacówki.

 
 
 
 
 
 
 
 
 

Udało mi się też zaprzyjaźnić z Sanem. Niedźwiedziem polarnym z Bacówki, który oprowadzał mnie po okolicy, a jak dalej zobaczycie, nie straszne mu były dalsze i wyższe zakątki Bieszczadów.

Proszę Państwa, oto San.

 
 

San w swym środowisku naturalnym.

 

No i nadeszła pora, aby wyjść z Bacówki i ponownie zawitać do Chaty Socjologa na Otrycie (zdjęcia TUTAJ). Wyruszyłam rano. W planach miałam iść z Brzegów Górnych, na Połoninę Wetlińską, przez Suche Rzeki do Zatwarnicy i stamtąd do Chmiela i srrru na Otryt. W Brzegach Górnych dołączył do mnie San i tak razem wędrowaliśmy do Zatwarnicy. Znowu idealnie trafiłam z pogodą.

 

Jest i Wetlińska. San zadowolony. Psi zaciesz.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 I tak szliśmy coraz niżej i niżej, w kierunku Zatwarnicy. Spotkaliśmy półrysia i inne niemrawe zwierzęta.

 
 
 
San w Zatwarnicy padł. Ja trochę też. Na szczęście trafił się nam transport, w kierunku Chmiela, spod którego poszłam już w kierunku Otrytu. Na szlaku nie spotkałam już nikogo...Cisza, wiosna i ja.

 
 
 
 

Bieszczadów ciąg dalszy nastąpi...