fotorabarbar na Facebooku

wtorek, 24 listopada 2015

A co wy tam kopieta? Rozprza.




Aby urozmaicić troszkę bloga, a przede wszystkim nie drażnić Was piękną pogodą i chorwackimi widokami (zwłaszcza w tej uważanej przez wielu, gorszej i dłuższej połowie roku...), postanowiłam przybliżyć jak to jest na wykopaliskach archeologicznych. I nie będę rozpisywała się tu o eksplorowaniu warstwami mechanicznymi czy naturalnymi; o różnych sposobach dokumentacji czy pozyskiwaniu próbek do badań dendrochronologicznych...To bardzo ważne, ale kogo to obchodzi gdy bataty dochodzą w ognisku?



U 99 % ludzi których spotykam, gdy dowiadują się, że studiowałam archeologię i biorę udział w wykopaliskach archeologicznych, na ich twarzach pojawiają się: uśmiech i rozmarzone oczy. Z ich ust zazwyczaj pada tekst: też kiedyś chciałem być archeologiem. Czasem też pojawiają się pytania o to jak wyglądają badania w terenie. Czy wykopałam jakieś złoto, czy kopałam piramidy i dinozaury (nawet jakby archeolodzy zajmowali się dinozaurami to nie miałabym odwagi kopnąć dinozaura...). Tak, tak i jeszcze trzymam Bursztynową Komnatę w Złotym Pociągu, który zakopany jest pod moim domem w Garwolinie, a tego wszystkiego pilnuje Indiana Jones ukryty w lodówce. Każde wykopaliska, mimo pewnych stałych elementów, to inna bajka. Poniżej zamieszczam opowieść o wykopaliskach, w których brałam udział we wrześniu i październiku. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś sensownego to polecam bloga Gunthera miejsce w sieci. Wkrótce, pojawi się też coś o badaniach w Giecznie. A tymczasem...

Witamy w Rozprzy!


Pobudka. Nie ważne, o której. Zawsze boli. Śniadanie? No może jakaś kanapeczka, jogurcik lub hot dog z Żabki. Aby na głodniaka nie jechać. Wszyscy jeszcze zaspani, nierozczmuchani, może nawet trochę nie w humorze. Jak to rankiem. Gdy wykopaliska są jesienią, dochodzą do tego jeszcze niskie temperatury. Wtedy bez ubrania się na cebulkę ani rusz. Wraz z rozgrzewaniem się przy pracy, następują kolejne rozbiory z kubraczków, żupaników, t-shirtów...Zanim wzrok utkwi w ziemi, warto rozejrzeć się dookoła i popatrzeć na to co natura wyprawia rano. Widoki nie zawsze motywują do pracy, ale te mgły Avalonu i szron mają jednak swój urok. 



Przychodzi ten moment, kiedy trzeba wziąć się za pracę. Od razu uprzedzam, to nie jest czysta robota. Tym bardziej gdy na eksplorację czeka fosa grodziska lub paleokoryto. W obu przypadkach trzeba liczyć się z dużą ilością wody utrudniającej pracę. Wtedy dobrze gdy na wyposażeniu jest Wielki Zielony Wąż, który ją wysysa. Sceny iście z łagrów gdzieś w najdalszych zakątkach Syberii (specyficznego klimatu dodawały znajdujące się nieopodal tory kolejowe, po których sunęły pociągi  z nowymi transportami więźniów...).



Kopanie w błocie to przyjemność w porównaniu z płukaniem hałd w lodowatej wodzie...


Tak straszę tym zimnem, ale może być jeszcze weselej. Na przykład jak w połowie pa/iździernika spadnie śnieg. Radość była przez pół godziny. Potem odpadł mi nos i palce.


Ogólnie szukamy rzeczy. Jedni w gruncie...


...drudzy w landzie...


...a jeszcze inni na sicie. 


To nie kołyska, tylko detektor zabytków, które umykają nam w trakcie kopania łopatą. Od najmniejszych fragmentów ceramiki po groty strzał...tak groty. Nawet najlepszym może się zdarzyć coś przeoczyć.

Kobiety na sita!


Jakich to rzeczy szukamy? Starych. Ruchomych. I tych mniej. 



Te Sztywne Pale Azji wyglądają bardzo niewinnie. Jednak nawet koparka miała problem z wyciągnięciem niektórych okazów. A na dole po prawej Wielki Zielony Wąż!

 
Dobra, ale nie samą pracą na wykopie archeolog żyje. Gdy przychodzi pora na przerwę, a na ziemi już nie ma szronu, śniegi stopnieją i zza mgły wyłoni się błękitne niebo, uprawiamy bardzo aktywny leżing. Na przykład wśród pasztetów, wiader i resztek ogniska.


Wykopaliskowa dieta bywa bardzo monotonna. Gdy kabanosy, parówki, pasztety, pasty rybne i mielonki już się przejedzą, sięgamy po bardziej "wyrafinowane" potrawy, np. w postaci błotnego karpia po rozprzańsku czy pieczonych na ognisku bananów i batatów. Niektórzy oczami wyobraźni widzieli (a może nawet i jedli...) również sorgo.


I tak sobie egzystujemy w terenie. Jak koczownicy, podziwiając cuda i dziwy natury. Zwłaszcza dziwy.


Czasami zdarza się, że w napadzie artystycznego amoku i głupawki tworzymy osobliwe działa sztuki, na przykład takie jak Bałwan Afroamerykański który wywołał opady śniegu. Były jeszcze kurhany dla poległych na wykopie żab i myszy, ale nie zdążyłam ich sfotografować.


Bywa, że musimy oswoić potwora i ponosimy przy tym głębokie rany. Głównie w psychice.


"nic tak nie śmierdzi jak moje onuce, od roku już nie zmieniane"


A gdzie mieszkamy na wykopaliskach? A z tym to różnie bywa. Czasem codziennie dojeżdżamy na stanowisko, a czasem mieszkamy w Bazie Matce. Matka jak matka. Jest jedna i kocha się ją i szanuje nade wszystko. Najważniejsze by była podłoga do spania, piecyk do grzania i grzańca oraz woda. Nawet zimna. I żeby na głowę nie kapało. Na zdjęciu poniżej znajduje się wszystko co archeologowi do szczęścia potrzebne...no może prawie wszystko.


Im dłużej trwają wykopaliska tym bardziej można zżyć się w miejscowością i jej mieszkańcami. Pani w sklepie wie jakie jest Twoje ulubione piwo, pijesz pigwówkę ze strażakami w remizie, a w ulubionej pizzerii dostajesz ciasto ze śliwkami lub filiżankę Ballantinesa na koszt firmy. A i kinderbale się trafiają. To tak w skrócie. A na koniec przyjeżdża koparka i zakopuje to co żeśmy swymi rękami odkopali. I łza się w oku kręci, że to koniec. Ale wózek nauki mknie do przodu. Aż się za nim kurzy!