fotorabarbar na Facebooku

niedziela, 11 października 2015

D U B R O V N I K


 Gdy ktoś mnie pyta, jakie miejsce szczególnie polecam na wakacyjny pobyt w Chorwacji - to bez zastanowienia odpowiadam Dubrovnik (i Split! zdjęcia TUTAJ). Ale jak przypominam sobie pozostałe miejsca, maleńkie mieścinki w Istrii i niedostępne ruiny zamków w północnej części kraju, to już sama nie wiem co wybrać. Wszędzie było pięknie. I ten południowy luz mieszkańców. Udzielił mi się. I mam nadzieję, że zostanie we mnie jak najdłużej. Jeśli ktoś chce poczuć "klimat" Chorwacji, to radzę omijać zapełnione plaże, knajpy i hotele szerokim łukiem (poza tym na prawdę ktoś jedzie na drugi koniec świata żeby leżeć na plaży? pfff). Ja osobiście wolałam dreptanie własnymi ścieżkami, spanie pod namiotem, a kąpieli zażywać pod wieczór w czasie burzy na dzikich plażach. Polecam. Dzieciom. I do obiadu.


W Drubrovniku spędziłam cztery dni. Wiedziałam, że będzie dużo ludzi, tandetnych pamiątek z fabryki Made in China i drożyzny. Taki turystyczny Licheń. Jadąc tam (i nie tylko tam) radzę, przymknąć oko i nie zwracać uwagi na filary wspierające świątynię konsumpcjonizmu przez które Dubrovnik może stracić na wartości.


Na wstępie, o dwóch obowiązkowych punktach wycieczki podczas wizyty w Dubrovniku: spacer murami miejskimi i wjazd na górę z punktem widokowym. Pierwsza atrakcja bardzo kosztowna (ok. 50 zł). Ale na prawdę warto. W cenie biletu jest też wejście do Twierdzy Lovrijenac. Nigdy nie byłam dobra w opisywaniu, tak więc sami zobaczcie jak z murów wygląda Dubrovnik. Lub jak ktoś woli, The King's Landing z "Gry o Tron".

W tle widać wyspę Lokrum, na którą można dopłynąć niewielkim statkiem. Tam też mnie wywiało. Zdjęcia z wyspy inną razą.


No i widok na twierdzę Lovrijenac. 


I z twierdzy na miasto.


Must see nr 2: panorama miasta i okolicy z góry, z punktem widokowym. Można wjechać kolejką, ale potem wiatr będzie hulał po kieszeniach i portfelu. Najlepiej dostać się tam samochodem/rowerem/czymkolwiek, a nawet na nogach. W tym ostatnim przypadku to chyba wyprawa na pół dnia, może dzień. Wjazd na górę wąską, mało uczęszczaną drogą gwarantuje lepsze widoki z różnych perspektyw. 


W trakcie włóczęgi, z krzaczorów wyskoczyło dwóch Francuzów, którzy poprosili mnie o pamiątkowe zdjęcie z Dubrovnikiem w tle. Proszę bardzo. Tylko niech Panowie nie robią już więcej kroków do tyłu. Przepaść czeka. 


Wracamy na dół. Większość zabytkowej zabudowy Starego Miasta pochodzi z okresu rozkwitu Dubrovnika, czyli z okresu między XIII a XVI w. Historia wielu chorwackich miasteczek wygląda bardzo podobnie, ale Dubrovnik, trochę wyróżnia się na ich tle. Jak Wenecja (zdjęcia min. TUTAJ), był wolnym miastem, republiką kupiecką (Republika Raguzy).


Miasto na prawdę jest zatłoczone. Pamiętam, że przy bramie miejskiej, utworzyła się kolejka. Do tego żar lał się z nieba. Wycieczka za wycieczką, stragan za straganem. Radzę założyć buty z bieżnikiem. Chodniki w zabytkowych miastach Chorwacji są wyślizgane i można wywinąć orła. Sprawdzone.


Jest kilka miejsc w których można odpocząć od tłumu i gwaru kipiących z Dubrovnika. Są to przede wszystkim klasztory Dominikanów i Franciszkanów. Tu jest cicho, spokojnie i chłodniej. Ale można też doznać psychicznej tortury w postaci niedostępnych na wyciągnięcie ręki dojrzałych, soczystych pomarańczy, które rosną na drzewkach w wirydarzu. Kusiły bardzo, ale były zbyt wysoko i nie mogłam ich dosięgnąć. Pozostało mi tylko na nie patrzeć z cieknącą śliną...i marzyć o drabinie. 


Spokojniejsze są też boczne uliczki, pachnące świeżym praniem. Rozwieszone za oknem pranie to chyba jakiś narodowy symbol Chorwacji (a może nawet flaga?). Pranie jest wszędzie. Prześcieradła, gacie w kropki, skarpetki nie do pary. 


Dla przegrzanych polecam kąpiel w morzu.


Zawsze jak gdzieś jestem to muszę wejść do muzeum (jeśli jest). Muzea w Dubrovniku mnie nie zachwyciły. Według mnie ciekawsze były klasztorne zbiory. Tu anegdotka o chorwackich muzeach. Ich godziny otwarcia są absurdalne. Dwie, trzy godziny dziennie, o dziwacznych porach np. 8-10, i druga zmiana np 19-21. I te zadziwienia (pozytywne) na twarzach pracowników, że ktokolwiek wszedł do muzeum (a Pani to nie na plaży?). 

 
Na  koniec cała prawda nie tylko o Dubrovniku, ale i całej Chorwacji. To kraj kotów. Chorwaci to mit, nie istnieją. Są tylko koty, które żyją jak pączki w maśle. Wyłaniają się z zaułków, wylegują na placach lub bezczelnie rozsiadają się na ławkach bądź rozpływają na stolikach jak zegary Salvadora Dali. Dodam tylko, że sama łapałam się na tym, że specjalnie szukałam mało uczęszczanych przez ludzi miejsc, żeby znaleźć kota...


Czy ktoś z Was zna jakiegoś kota, który pogardziłby polską kiełbasą? Bo ja znam. Ten naburmuszony osobnik siedzący na ławce, ma to wypisane na pyszczku "nienawidzę kiełbasy". Zwyczajnie pogardził. Pewnie wolałby chorwackie małże czy inne kalmary. Burżuj. Siedząc z nim na ławce staliśmy się atrakcją. Wylądowałam w niejednym albumie z wakacji.


Ten leniwiec, najwyraźniej jest fanem Adolfa Hitlera.

  
Kot VIP


Czasem pojawiały się też psy, ale one nie mają nic do powiedzenia. Aczkolwiek ten drugi groźnie mnie obszczekał.


Z samego miasta to już chyba wszystko. Następne na warsztat pójdą rajskie ogrody i wyspy z okolic Dubrovnika. A póki co, wracam do wykopu i do październikowej rzeczywistości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz