fotorabarbar na Facebooku

czwartek, 23 lipca 2015

Trogir. Znowu?


   W trakcie kilkudniowego pobytu w Szybeniku, wpadliśmy na pomysł, aby jeszcze raz wskoczyć do Trogiru. A dlaczemu? A dlatemu, że jak byliśmy w marcu, to nie udało nam się zwiedzić katedry oraz zamku. Warto było powrócić. Nie tylko dla samej katedry, która zrobiła na nas wrażenie, ale dla atmosfery jaka panowała w mieście. Odniosłam wrażenie jakbym była w zupełnie innym miejscu niż to, które zapamiętałam z pierwszej wizyty (zdjęcia TUTAJ). 

  Zdecydowaną większość Chorwacji, udało nam się zobaczyć jeszcze przed sezonem. Późną zimą (która raczej przypominała wczesną wiosnę w Polsce) oraz wiosną (jak wczesne lato w Polsce). Tak zwany "sezon" w Chorwacji zaczyna się w maju. Przed majem większość miast na wybrzeżu świeci pustkami. Wszystko jest pozamykane. Tylko miejscowi chodzą do sklepu po zakupy lub do kościoła. W większych ośrodkach zdarzają się wycieczki Azjatów. To wszystko ma swój urok. Brak kolejek, niższe ceny  no i jest chłodniej (ale bez sopli przy nosie). Przychodzi otwarcie sezonu. I bum! Chorwaci budzą się ze snu zimowego. Otwierają hotele i campingi, rozstawiają stragany z pamiątkami, woda w morzu szybko się nagrzewa i plaże zaludniają się, a dookoła słychać przeróżne języki świata (polski baaaardzo często). Trogir ożył! 


Naszym głównym celem była Katedra św. Wawrzyńca. Kupiliśmy bilety i zadowolona szłam w kierunku wejścia podziwiając portal z 1240 r., autorstwa mistrza Radovana.


Moja radość zaraz skończyła się, gdyż "kazano" mi wejść na wieżę. Ci co odwiedzają bloga regularnie, może już zdążyli zauważyć, że ich nie lubię. To znaczy wież. Gdy jestem już na szczycie, nie boję się. Przerażają mnie ciasne schodki z prześwitami...Na początku było w miarę przyjemnie. Weszłam po solidnych kamiennych schodach na dach przedsionka katedry. Tam na chwilę zatrzymaliśmy się żeby porobić zdjęcia.


Pan w błękicie, nie może zdecydować się czy iść na wycieczkę...


...czy na lody.


Przede mną czekało najgorsze. Dzwonnica. Z XIV wieku. 


Nawet weszłam do połowy. Ale jak skończyły się betonowe schody, to spasowałam. G. próbował namówić mnie, żebym jednak weszła. Stałam się dodatkową atrakcją, wywołującą uśmiechy u turystów. Ale ani widoki, ani przekonywanie G. i ani słowa tego pana, który stoi tam na kratce ("don't be afraid!"), na mnie nie podziałały. 


Największy "Dramat Wieżowy" urządziłam w Splicie (zdjęcia TUTAJ). Tam przełamałam wszystkie swoje lęki, żeby wejść na szczyt. A wieża była sto razy bardziej przerażająca. W Trogirze doszłam do wniosku, że mi wystarczy, że nie mam zamiaru przełamywać się raz jeszcze i udowadniać nie wiadomo, co nie wiadomo komu. Obróciłam się na pięcie i dumna zeszłam na dół. Zdjęcie lewe: użycie środkowego palca do poprawy okularów wcale nie jest przypadkowe. Zdjęcie prawe: gdzie jest Wally?


Ale zdjęcia z góry i tak mam. G. zrobił. Patrzcie jaki zdolniacha.


No i wreszcie weszliśmy do tej katedry. Jej budowę rozpoczęto w XIII w. (na miejscu świątyni z XII w.) i tak przez wieki ją rozbudowywano, dodając nowe elementy. W północnej części znajduje się renesansowa kaplica św. Jana Ursiniego, patrona Trogiru. Autorami tego cuda są Nikola Firentinac i Ivan Duknović.


W katedrze jest zakaz fotografowania, ale wszyscy i tak robili zdjęcia. Bezwzględny zakaz był dopiero w skarbcu. Tam już tego pilnowano i nie mam zdjęć. Musicie mi uwierzyć na słowo, że mają tam niesamowitą kolekcję relikwiarzy, lichtarzy i mebli (była nawet wyszywana koralikami poduszka procesyjna z XIII wieku!)


Z katedry wyruszyliśmy w kierunku zamku. Cena biletu do katedry była niższa od wejściówki na zamek. Kpina w biały dzień. W katedrze chociaż było na czym oko zawiesić. 


A na koniec, trochę morskiej fauny. Bardziej żywotnej....


...i tej mniej.


P.S. Z każdym wpisem selekcja zdjęć idzie mi coraz gorzej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz