fotorabarbar na Facebooku

czwartek, 11 czerwca 2015

Flight over Venice


Wenecja raz, raz na scenę!


    O Wenecji marzyłam chyba od dzieciństwa, a przynajmniej od późnej podstawówki. Gdzieś tam w domu miałam puzzle z widokiem na Canal Grande. Układałam je kilka razy, za każdym razem z myślą, że może kiedyś tam pojadę. Mój "realistyczny pesymizm" gdzieś tam z tyłu głowy szeptał: "ta, jasne". Tym razem nie miał racji. Gdy ochłonęłam już po informacji, że kilka miesięcy spędzę w Chorwacji, znowu wpadłam w szał. Przecież do Wenecji będzie rzut beretem. No i jak nie skorzystać? Wsiadamy do beretu i lecimy na cztery dni! 

Co  to będzie?


     Przed wyjazdem jak zwykle sprawdziłam informacje. Gdzie spać, gdzie jeść, ile kosztują wejściówki do muzeów. Całe mnóstwo opinii w internecie. Wiele pozytywnych wrażeń, ale i cała masa tak zwanego hejtu: bo przereklamowana, śmierdzi, nie warto, za dużo ludzi, drożyzna, śmieci w kanałach bla bla bla. Moje wnioski po wycieczce: matko bosko, jest cudownie :-) Zaplanowałam kilka postów weneckich. Każdy z nich będzie dotyczył czegoś innego. Wszystkiego pod rząd nie wrzucę. Przeplotę je innymi postami, bo Was tą Wenecją i moim nad nią zachwytem zanudzę :-)
    Wenecja to taki punkt, o który turyści często zahaczają w drodze do najbardziej urokliwej (odezwała się znawczyni...) południowej części Włoch. Parę godzin, szybka wycieczka na Plac Świętego Marka, zdjęcie na Moście Rialto, przy gondoli, z Pałacem Dożów w tle, wjazd na Wieżę św. Marka z widokiem na miasto. Krótko, zwięźle i na temat. Dziś przedstawiam Wam sztampową Wenecję (może nawet trochę kiczowatą?). Jej najbardziej charakterystyczne miejsca, zabytki, motywy, widoki. Szybki (no może ilość zdjęć na to nie wskazuje..) przelot przez Wenecję. Na smaczki, historię, detale, zdjęcia nocne przyjdzie pora. Zaczynamy. Odpływamy.

   
    Z dworca do Placu Św. Marka najlepiej i najtaniej dotrzeć na piechotę, aczkolwiek trzeba uzbroić się w mapę (i to dokładną) lub w pakiet internetu do aplikacji google maps (miejskie wifi szwankowało...), z dobrym zasięgiem, bo wąskich uliczkach potrafi się gubić. Tak samo jak i ludzie. Wenecja rozłożyła nas na łopatki. Nie spodziewaliśmy się, że jest tak rozległa i zawiła. W drodze do San Marco zgubiliśmy się kilka razy. Pozytywną tego stroną było zwiedzanie miasta i robienie zdjęć. Jeśli Twoja wizyta w Wenecji jest jednodniowa, zrezygnuj z muzeów. Lepiej przeznaczyć czas  na spacer po mieście, wjazd na wieżę zegarową oraz wejście do Bazyliki Świętego Marka. Muzea zajmują sporo czasu, a bilety są dość drogie . Ich zwiedzanie najbardziej opłaca się  po wykupieniu karty miejskiej, a żeby ją wykorzystać w pełni potrzeba na to kilku dni. I dobrej kondycji :-)

Plac Świętego Marka jest chyba najbardziej zatłoczonym miejscem w całej Wenecji. To najważniejszy punkt, z Pałacem Dożów, Bazyliką św. Marka oraz budynkami Starej i Nowej Prokuracji. 


Wejście do Bazyliki Świętego Marka jest darmowe w trakcie nabożeństw. Zdjęcie też można zrobić, Ale jak strażnik nie patrzy.


Jak widać poniżej, było dość tłoczno...


Z Placu św. Marka jest ładny widok na wyspę z kościołem San Giorgio Maggiore.


Tłumy i jeszcze raz tłumy. Każdy chce mieć zdjęcie z Mostem Westchnień, który łączy Pałac Dożów z budynkiem starego więzienia (poniżej, lewa strona). Z zabudowanego mostku mamy widok, z jakim skazańcy żegnali się, idąc odsiedzieć karę (prawa strona). 


Zachwyciły nas gondole. Przez to, że wszystkie są czarne, sprawiają wrażenie karawanów pogrzebowych , jednak są śliczne i wykonane z dużą precyzją (Monsieur Alphonse z "Allo Allo" byłby zachwycony).


A gondolierzy? Starsi, młodsi; zamyśleni, roześmiani; jedni zapracowani, drudzy zupełnie znudzeni z komóreczką w ręce lub zachęcający do wycieczki gondolą.


Wspominałam coś o tłumach ludzi? 


  Korków samochodowych nie ma. Jednak będąc w Wenecji w sezonie lub w trakcie długiego weekendu, trzeba przygotować się na korki na chodnikach. Z ludzi. Jak już w taki wpadniesz czeka Cię powolne tuptanie, tuptanie i tuptanie. Myślę, że ruch przebiegałby szybciej gdyby nie wystawy sklepowe i dziunie śliniące się na widok torebek i butów na wystawach. Miasto utrzymuje się przede wszystkim z turystyki. Knajpy, hotele, sklepy z każdej strony.


     Nie ukrywam. Wenecja jest droga. I niestety zalana jest nie tylko wodą, ale i tandetą. Istne szaleństwo Made in China. Z każdej strony turyści są atakowani przez sprzedawców podróbek torebek Louis Vuitton, dziwnych latających świecidełek, glutowatych piłek i (o zgrozo!) selfie sticków! "Napędzacze" do restauracji, natrętni sprzedawcy róż, Panie Sprzedawczynie wylatujące ze sklepu, gdy tylko ktoś zatrzyma się przy witrynie. Jak zombie wyciągają ręce do naszych portfeli. Rozumiem, to ich praca, takie czasy i miejsce. Jak się przymknie na to oko...odpowie z uśmiechem "no thank you", to może być całkiem przyjemnie i magicznie...


Warto odbić z głównego traktu na mniejsze place, będące oazą dla tych, którzy w tłumie i wąskich uliczkach dostają ataku klaustrofobii :-)


Nieco mniej zatłoczoną częścią Wenecji są okolice Arsenału.


A jak się zgubisz, zawsze mogą Ci pomóc Panowie Policjanci :-)


Na koniec (jeśli wytrzymałeś/łaś do tego momentu...jeszcze trochę dasz radę...), warto zobaczyć z góry to co widziało się na dole. W tym celu należy ustawić się w kolejce do wieży i odstać swoje. Bądź "odsiedzieć" :-) 


Na prawdę warto poświęcić te parę euro na wjazd windą na górę. Kolejka przesuwa się dość sprawnie. Naszym fartem wjechaliśmy akurat o pełnej godzinie. A czy są turyści czy nie...dzwony dają z siebie wszystko. Potem przez pół godziny jeszcze dudnią w głowie :-)


Wenecja w jeden dzień? Nie dla nas :-) Fani zwiedzania, historii i historii sztuki poczują niedosyt. Dlatego zostaliśmy na dłużej. Polecam Wenecję bardzo. Tylko niech Was nie zniechęcą takie sentencyje na murach:


c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz