fotorabarbar na Facebooku

czwartek, 21 maja 2015

Istria Wielkanocna cz. 3 - Dvigrad, Limski Zaljev i Sveti Lovreč


Dvigrad


    Późne popołudnie Niedzieli Wielkanocnej spędziliśmy w południowo-środkowo-zachodniej Istrii. Wyróżniającym się na tle innych miast tej części półwyspu jest Dvigrad. Jego wyjątkowość polega na tym, że miasto w wyniku najazdów oraz epidemii, zostało całkowicie opuszczone (na początku XVIII w. mieszkało w nim tylko kilka rodzin) i do dziś zachowały się jego ruiny. To największy kompleks średniowiecznych ruin w całej Istrii. Po dawnej świetności Dvigradu zachowały się całkiem przyzwoite pozostałości podwójnych murów miejskich, trzech bram, wybrukowanych ulic, czternastowiecznej wieży oraz zabudowy mieszkalnej. Miasto posiadało główny plac, przy którym jeszcze widnieje ruina kościoła św. Zofii z XII w. Niektóre części są w trakcie prac zabezpieczających. 









   Większa część Dvigradu jest przystosowana do "bezpiecznego" zwiedzania. Za bazyliką, jest już trochę gorzej, ale warto tam wejść. Tylko trzeba uważać. Na luźne kamienie nad głową, trzymać równowagę w trakcie spaceru po murze (w utrzymaniu stabilizacji przydatne stały się wszelkie drzewka i krzaczki rosnące przy murku lub już na murku) oraz na gałęzie bezczelnie atakujące oczy i obiektyw. 








Limski Zaljev

    
    W zachodni brzeg Istrii wcina się Zatoka Limska, traktowana chyba jak lokalny fiord (sugerują to np. nazwy restauracji i hotelu, położonych bezpośrednio nad zatoką...Viking i Fiord). W części, w której my byliśmy łowi się małże. Nie próbowałam ich nigdy i nie wiem czy odważyłabym się wziąć do ust tego (za przeproszeniem) rybnego gluta. Chyba wolę prażone mrówki z Ameryki Południowej (tak, jadłam...). Zahaczyliśmy również o znajdującą się w pobliżu  Jaskinię Św. Romualda. W sumie nic szczególnego, gdyż była zamknięta. Po prostu dziura w skale, w której według legendy pomieszkiwał św. Romuald. Pewnie ususzony, w worku po ziemniakach, jadał chrabąszcze na obiad i jagody na deser. I to w niedzielę.







Sveti Lovreč


    Do miasteczka wskoczyliśmy w drodze powrotnej do naszej bazy w Labinie. Klasyczne isrtyjskie miasteczko: mury miejskie, brama, kościół, wieże, budynek rady miejskiej. I pole rozmarynu :-) No i kot oczywiście. Bardziej grumpy niż sam słynny Grumpy Cat :-) Tak na prawdę był biedny, chory i zaniedbany. Futrzaste zombie...












  
Zdjęciami z Wielkanocnej Istrii jeszcze Was troszkę pomęczę. W przygotowaniu dwa wpisy na pewno. Może trzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz